Powrót do domu

 

„Miłości bez Krzyża nie znajdziecie, a Krzyża bez Miłości nie uniesiecie.”

Jan Paweł II

 

Zalękniona, na chybotających się nogach, poczłapałaś dwa kroki i oklapłaś z ulgą na wózku, który po Ciebie przysłali z oddziału. Widzisz Mamuś? Wracasz do domu, którym niespodziewanie stało się dla Ciebie hospicjum.

Zobacz Mamuś, tutaj jest Twoje wygodne łóżko, będzie Ci miękko. Rozbierz się z październikowej kurtki. Usiądź, nie bój się, jestem z Tobą  i będę cały czas. Jest tutaj cały orszak czekających na Ciebie aniołów.

Tak Mamo, wybaczam Ci wszystko. Już dawno wybaczyłam. Śniłaś mi się, wiesz? Nosiłam Cię utuloną w swych ramionach, jak Ty mnie kiedyś. Byłaś taka lekka, bo wychudzona walką z rakiem, jednak spokojna, ukołysana rytmicznym szeptem moich słów.

Nie płacz, nie szlochaj, zwiń się w kłębuszek i odpocznij. Tutaj będziesz w końcu bezpieczna, otoczona nieuchwytnym dla oka zapachem miłości. Czujesz to? Całe życie tak szukałaś dla siebie schronienia. Utul się więc, pogłaskam Cię i zostanę zanim nie uśniesz.

Opowiem Ci coś na dobranoc: pamiętasz lato? Jak cieplutko było gdy przyjechałaś tu po raz pierwszy? Jak nie mogłaś się nadziwić skąd tu tyle ciepła – nie temperatury, ale ciepła uczuć. Pamiętasz jak siedziałyśmy w ogrodzie i godzinami rozmawiałyśmy? Jak ptaki śpiewały, a wiewiórki urządzały sobie harce? Pamiętasz jak byłaś szczęśliwa tej niedzieli, kiedy cała rodzina niby to przypadkiem się zebrała wokół Ciebie i jak długo się wszyscy śmialiśmy? Wtedy zobaczyłam jak prysł ten Twój upór zamykania się w swojej chorobie… Jak po 25 latach mordęgi, wreszcie odzyskałaś maleńką iskierkę ufności.

***

Mamuś, śpisz?

Zaczęłaś swoją Drogę Krzyżową w piątek 13tego… W końcu mogłaś zacząć oddawać siebie i nieprzytomne, tłoczące się myśli ułożyć na miękkiej podusi, obolałe ciało powierzyć lekarzom, pielęgniarkom i opiekunom medycznym. Ich ręce jak łagodne fale będą Cię gładzić delikatną i niepojętą troską.

Już nie boli, prawda? Już nie musisz spinać wystraszonych mięśni i mechanicznie zaciskać zębów. Pozwól się kołysać łagodnemu rytmowi tej wędrówki…

Wiem, że teraz wszelkie nierozwiązane tematy przebrzmiewają swą ciężką, ostrą bezwzględnością – jesteś bezbronna i naga pod ich pręgierzem. Trzeba je Mamuś wszystkie pooddawać, pozanosić, wypełnić ich treścią każdą modlitwę i każde błaganie. Wydychaj je Mamo, wyrzucaj, przepędzaj! Te wszystkie upadki otarcia, obdarcia i okaleczenia, które przyniosło Ci życie to tak naprawdę dowody, że próbowałaś wstawać, mimo że ponownie upadałaś, i że się nie poddawałaś i szłaś dalej! Popatrz ilu ludzi dobrych na swej drodze spotkałaś, ilu Szymonów, ile Weronik! Nie zważaj na tych szyderców co plują i drwią! Oni też kiedyś pojmą sens umierania dla tego świata.

Zejdź z tego krzyża Mamo! Stań tutaj obok mnie. Popatrz do góry. Widzisz? To On tam za nas umiera. Nasz Jezus. Taki pokorny, dobry, wciąż do bólu miłujący…. My nie umrzemy, bo On to zrobił za nas! Ty tylko pozwól sobie na wytchnienie w Nim. A ja będę Ci plotła koronkowe koraliki Miłosierdzia, by Ci było lżej przez to przejść.

***

Czwarta czy piąta nad ranem już, zaraz świt będzie. Zobacz Mamo, skowronek! Jak to możliwe, że zawisł przy oknie jak koliber? Twa agonia trwa już tydzień… Czego szuka Twa uwięziona na ziemi dusza? Czemu nie może odlecieć? Co chcesz podomykać?

Dziś przyjdą kolejni goście do Ciebie. Jesteś na to gotowa? Nic nie mówisz, ale wiem że słyszysz. Przyjdą do Ciebie może z ciekawości czy niedowierzania, a odejdą zmienieni, bo porażeni tajemnicą umierania. Każdy ma coś do przepracowania i nagle w obliczu śmierci tak bardzo to widać. Nieuchronność odchodzenia mobilizuje. Nagle tak łatwo jest okazać ciepło, ucieszyć się i zrozumieć drugiego. Ciemność śmierci pobudza do zapalenia świecy życia.

Cieszę się, że w końcu jesteś prawdziwa. Już nie udajesz „twardzielki”, nie chowasz się pod płaszczem obowiązków i narzuconych zasad tego świata. Leżysz sobie i w końcu mogę Cię głaskać i kochać. Tutaj jest tak dostojnie i przytulnie jednocześnie. To tak bardzo sprzyja bliskości. To takie proste, a zarazem tak niezwykłe, że największa Miłość spotyka się tutaj z Krzyżem cierpienia!

Idź Mamo do Jezusa, On Cię weźmie w Swe ramiona!

***

Umarłaś mi w sobotę rano i nadal siedzę nad Twym grobem, jak w Wielką Sobotę – oczekując na Zmartwychwstanie.

Cząstka Ciebie zostanie na zawsze we mnie i mimo, że tęsknota rozrywa mi często serce, to wiem że…

Miłość potężna jest jak śmierć. Potężniejsza!

 

Maj jak Miriam

Będąc niedawno na rekolekcjach zawierzyłam swe życie Maryi. Myślałam potem długo, o tym co mam robić by uczyć się od niej drogi do Jezusa. Jaka jest ta najważniejsza kobieta świata?

Maryja jest podłączona do Źródła. Niezaprzeczalnie jej najważniejszym atrybutem jest to, że jest nierozerwalnie połączona z Chrystusem, wręcz wytryska z Niego jak rzeka. Pierwsze krople tej rzeki to jej pot i łzy, na które się zgodziła. Widać to w trudzie narodzenia i wychowania Jezusa, gdzie baczyła na każdy Jego dziecięcy krok i opatrywała każde jego zranienie, poprzez wspierającą obecność przy Jego cudach i głoszeniu królestwa, aż do wierności przy Nim w Jego przerażającej swą brutalnością męce. Naucz mnie Maryjo takiej ufności serca, by w Nim ciągle na nowo się rodzić, czerpiąc z niekończącego się Żródła!

Maryja jest łagodna. Jej oddanie przywołuje na myśl cierpliwość fal rzeki, które poddają się nurtowi i nie zmieniają biegu spraw, ale ufają że On najlepiej wie gdzie i jak wytyczać kierunek. Ona tylko szlifuje delikatnym muskaniem każdy kamyczek na tej drodze, dotyka ostrych krawędzi i chociaż to twarda skała, rzeźbi z niej gładkie kształty, uzdrawiając nasze poranione serca. Natchnij mnie Maryjo jak oddawać siebie, by każdy człowiek stawał się lepszy po spotkaniu ze mną!

Maryja jest odważna. Nie boi się, że nagle nurt rzeki porwie swą gwałtownością i zapieni się szybkością i nieprzewidywalnością zdarzeń. Nasze życie takie często jest – pełne uskoków, przewrotów oraz trudnych do pokonania wodospadów. Maryja nie zastanawia się stojąc nad krawędzią, ale ufnie skacze w ramiona Jezusa. Wie, że będąc do końca zanurzoną w Nim, nic Jej nie może się stać. Porwij mnie Maryjo do takiej odwagi oddania się, bym każdy swój oddech napełniała wiatrem Ducha Świętego!

Maryja jest przeźroczysta. Nie przesłania nam Jezusa, a każde dobro jakie przychodzi przez Nią jest zawsze Jego odbiciem. Dba by On był pierwszy widoczny. Jej czystość i niepokalaność pozwala przenikać Jego łasce. Ona wręcz ułatwia zobaczyć piękno Boga, lśniąc jak promyki słońca połyskujące wśród fal. Przy wodospadzie zawsze dodaje barw tęczy, bo wie, że Jego Miłość niejedno ma imię, ale zawsze zachwyca swa optyką. Maryjo piękna w swej czystości, mów do mnie ciagle jak się obmywać i powracać do Boga!

Maryja pokonuje przeszkody. Nieważne jak wielkie spotkają nas trudności, Maryja uczy nas, że każda tama ma swą wytrzymałość, i że czasem warto znieść ból rozpadania się naszych zabetonowanych przekonań, bo tylko tak pokonamy nasze ograniczenia. Przypieczętowuje to obietnicą życia w Chrystusie; Jego łaska musi mieć swobodę ruchu, by kształtować nas cierpliwie fala za falą. Maryjo, wydobywaj mnie z mielizny moich przyzwyczajeń, by nurt Jego życiodajnej wody mnie nieustannie oczyszał!

Maryja nawadnia.  Swym oddaniem, łagodnością, odwagą, pięknem i siłą Maryja wyprasza nam łaski u Boga. Nawadnia suchą pustynię naszego życia na ziemi i na nowo pozwala nam poczuć wiosnę i powrócić do pierwotnej gorliwości w służeniu Bogu. Uczy nas piękna każdego świeżego źdźbła i pąka na łące naszych spragnionych serc. Przyozdobiona w Jego chwałę, promienieje jak w najpiękniejszej z możliwych majowych kreacji. Dziękuję Ci Maryjo, za to jaka jesteś!

 

 

Akt zawierzenia się Niepokalanemu Sercu Maryi

Matko Jezusa i Matko moja, Maryjo.
Idąc za wzorem Sługi Bożego Jana Pawła II,
i ja chcę Ci dziś powiedzieć: cały jestem Twój
(cała jestem Twoja). W Twoim Niepokalanym Sercu
składam całego (całą) siebie, wszystko,
czym jestem: swój umysł, swoją wolę, swoje ciało,
emocje, myśli, pragnienia, całą swoją przeszłość
od chwili poczęcia i całą swoją przyszłość,
każdy swój krok, każdą chwilę swojego życia.
Ty, Najlepsza matko, kształtuj mnie,
ochraniaj od zła, prowadź, posługuj się mną
do budowania Królestwa Twojego Syna,
Jezusa Chrystusa – jedynego Zbawiciela świata,
mojego Zbawiciela, od którego pochodzi
wszelkie dobro, prawda i życie.

Amen

Dawno zapomniana randka

Kurs „Alfa” dla małżeństw to seria spotkań realizowanych cyklicznie, by w spokoju i nastrojowej atmosferze postarać się wzmocnić lub na nowo odnaleźć relację łączącą małżonków.  Po wielu kryzysach – postanowiliśmy spróbować raz jeszcze.

„Kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, ale patrzeć razem w tym samym kierunku” napisał kiedyś Antoine de Saint-Exupéry. Patrzenie na siebie nawzajem i fascynacja po jakimś czasie mija, ważne jest wtedy co po tym pozostało. Patrzenie w tym samym kierunku oznacza wspólne zainteresowania, cele, poglądy, zdolność znalezienia współnego języka, dbanie o te same wartości. Odnalezienie tego w zgiełku i chaosie dzisiejszego świata jest trudne, ale nie niemożliwe. Szczególnie, jeżeli w centrum postawimy Boga i z Nim zaczniemy budować nową przyszłość.

Na spotkaniach kursu „Alfa” panował wręcz namacalny magnetyzm i elegancja. Czuliśmy się jak w prestiżowej restauracji przy zarezerwowanym tylko dla nas stoliku. Przepyszne smakołyki pachniały ponętnie. Delikatna muzyka sączyła się do uszu kołysząc zmysły. Wszystko to tworzyło przyjemne, wręcz onieśmielające uczucie odprężenia i wyczekiwanej bliskości. To jak ważne jest otoczenie i panujący wokół nastrój wiemy wszyscy. Aczkolwiek będąc jednocześnie rodzicami, pracownikami i małżonkami, nierzadko zapominamy lub zaniedbujemy tą sferę, sprowadzając wszystko do pragmatycznych wymiarów. Tutaj mogliśmy poczuć się jak na dawno zapomnianej randce.

Prezentowane tematy były bezpośrednio związane z dynamiką małżeństwa. Zaczęliśmy od budowania mocnych fundamentów, gdzie najważniejszym stało się odkrywanie swoich potrzeb i znajdowanie na nowo czasu dla siebie nawzajem. Komfort posiadania 2-3 godzin tygodniowo wydawał się nie do osiągnięcia, aczkolwiek ze spotkania na spotkanie, okazywało się, że to cel jak najbardziej realny. Nasze potrzeby zagłuszone obowiązkami, odkryte spod szarych zgliszczy, zaczęły pomału kiełkować i odnajdywać drogę do spełnienia.

To wszystko nie udałoby się, gdyby nie zaprezentowane nam zasady sztuki komunikacji. Okazuje się, że nie tylko to co mówimy jest ważne, ale też jak. I tutaj zazwyczaj w małżeństwie zaczynają sie schody. Bariery, złe nawyki, niesłuchanie, szybkie, automatyczne ripostowanie oraz ignorowanie emocji drugiej strony to jedne z największych wyzwań. Ale ćwiczenie czyni mistrza, więc zaczęliśmy się mierzyć z bolącymi nas tematami używając lepszych technik.

Ale nam nie szło. Bez większego wysiłku sprowokowaliśmy lawinę oskarżeń i żalów, która nieomal nas zasypała. I tutaj ze swą jasnością pomógł nam wykład dotyczący rozwiązywania konfliktów oraz mocy przebaczania. Wydawało się to tak denerwująco oczywiste, że aż zbyt proste, by mogło zadziałać, a jednak siedząc przy tym stoliczku, łagodnie zachęcani, zaczęliśmy dialog, doceniając siebie nawzajem, bez atakowania. Prawdę mówiąc nie zawsze nam to szło potem w domu, ale wtedy przypominały nam się słowa Papieża Franciszka „kłóćcie się, ile chcecie, niech latają talerze, ale nigdy nie kończcie dnia bez zgody”. I tak robiliśmy. To przełamało dużo konfliktów w stylu „już nikt nie wie o co poszło, ale wszyscy są honorowo obrażeni”. Zaczęliśmy też stosować w praktyce „języki miłości”, czyli nasze specjalne kody porozumiewania, wybaczając sobie niedociągnięcia, słabości i zagniewania.

Ale paradoksalnie, nie dotarliśmy na wykład „Wpływ rodziny – przeszłość i teraźniejszość”, bo utknęliśmy pokłóceni u teściów. Wydawało się że mamy te tematy okiełznane, a tu nagle jak na dłoni widac było, że jest to nieprawda. Częstokroć podejmowanie własnych decyzji oraz wspieranie się w ich realizacji, dziwnie zanikało w kontakcie z rodzicami. Zadanie domowe zatem odrobiliśmy w praktyce rozmawiając o tym, co się stało. Genialna praktyczna lekcja zesłana nam z Nieba!

Poruszaliśmy na kursie też temat dobrego seksu, bo bez tego małżeństwo nie może się w pełni scalić. Szacunek, słuchanie potrzeb drugiej strony, rozmowa, nawet nieumiejętna i lekko krępująca – bardzo procentuje.  Rozwiązanie problemów nawet tak intymnych jest osiągalne. Trzeba dużej cierpliwości, zrozumienia i miłości lub czasem porady specjalisty.

Wnioski nasuwają się same: Prawda uzdrawia i wyzwala! Kurs „Alfa” na nowo przypomniał nam kierunki i zasady poróżowania po tej wzburzonej rzece miłości. Niezależnie jak trudne jest osiąganie porozumienia – gadajcie do świtu. Jak nie możecie gadać – milczcie lub wykrzyczcie to sobie, ale pogódźcie się potem. Jak niezmiernie boli i obezwładnia – módlcie się żarliwie. I wciąż na nowo i na nowo oddawajcie się Bogu i sobie nawzajem!

Odnowienie przysięgi małżeńskiej na koniec kursu było wzruszającą przysłowiową wisienką na torcie, przypominającą radość i wesele pierwszej wspólnej uczty przy stole Pana.

Prosiłam by dał mi MOC, a On dał mi SIEBIE…

 

Dwa lata temu, w grudniu 2015 roku przeżywałam największy kryzys w moim życiu zawodowym i rodzinnym. Niespodziewane zmiany w pracy. Diagnoza o spektrum autyzmu u córki. Do tego trudne relacje z mężem. Umierająca matka.  Było tego za dużo. Pamiętam jak zagubiona, modliłam się po Komunii Św. „Panie, proszę daj mi moc!”. Wtedy własnie w ogłoszeniach duszpasterskich usłyszałam o „Programie 12 kroków”. Programie, który zmienił mnie na zawsze i którego owoce dojrzewają na drzewie mojego nowego życia do dziś.

 

Kobieta pochylona

Pierwsze spotkanie było lekko krępujące dla wszystkich. Nasza grupa weszła spontanicznie do pustej salki św. Jadwigi. Powiedziano nam, że wszystko co tutaj się wydarzy, zostanie między nami, że mamy się szanować i nawzajem słuchać oraz nie skupiać się na porównywaniu lub doradzaniu innym.  Mieliśmy podręczniki, Słowo Boże i błogosławieństwo księdza proboszcza.

Pomyślałam: „Jest dobrze!”, czułam się jednak zgarbiona i przygnieciona ciężarem spraw, które przyniosłam ze sobą.  Kiedy więc zaczęłam swoją opowieść, patrzyłam w podłogę. Zadziwiona, że mnie słuchają, odprężałam się powoli, płynąc przez ocean mojego nieszczęścia. Zdałam sobie sprawę, że jestem tutaj nieprzypadkowo, że to On mnie odnalazł i posadził na tym stołeczku w małej sali i otoczył tyloma serdecznymi, choć tak jak i ja, poranionymi ludźmi, aby mnie wysłuchać. Nikt się nie śmiał, nikt nie oceniał.

Jednym z podstawowych założeń „12 Kroków” jest to, aby nie tylko pochylić się nad swoją trudną sytuacją, nazwać ją, ale też zaakceptować ją i powierzyć Bogu. Tak się też stało ze mną. Krok po kroku zagłębiłam się w tematy, przed którymi uciekałam latami. Stanęłam w obliczu cierpliwego Chrystusa i wszystko pękało – bańka po bańce – pękało zażenowanie, że siebie nie kochałam, że nie dbałam, pękał żal, że ojciec nas opuścił, że pił, że bił, że szantażował, że uciekłam w zaspokojenie pożądań, myląc je z miłością, że karałam siebie jedzeniem, że pozamykałam zranione serce w skorupie bezwzględnego perfekcjonizmu.

Pamiętam jak Jezus wtedy stanął nade mną i z delikatnością powiedział słowami Ewangelii: «Niewiasto, jesteś wolna od swej niemocy» (Łk 13, 12). Płakałam i poczułam, że jestem dla Niego wyjątkowa i jedyna. Skąd wiedziałeś Jezu, że w mej słabości odnajdę Ciebie? Skąd u Ciebie tyle zrozumienia dla naszych poplątanych ludzkich ścieżek? Tego dnia obudziła się we mnie WIARA.

 

Pokora siostrą mądrości

Brnęłam dzielnie ze spotkania na spotkanie, tonąc w gąszczu swych błędów, których nierzadko nie byłam nawet świadoma. Nie było to łatwe. Moje serce, opakowane starannie w ulubione nawyki i przyzwyczajenia, bało się komplikacji, wstrząsów i zmian. Miałam wrażenie, że się zapadam, że tracę siebie, bo nagle większość moich dotychczasowych przekonań okazała się być przekłamana lub zamknięta szczelnie w trumnie mojego egoizmu. Każdy z nas na swój sposób poddał się temu procesowi oczyszczania, odcinania latorośli, które nie przynosiły owoców. Na to trzeba było sporo czasu, łagodnego ukierunkowywania przez nasze liderki oraz wzajemnego wsparcia grupy. Niecenioną stała się modlitwa, adoracja i pokorna, powtarzalna cierpliwość do samego siebie.

Kolejnym założeniem „12 Kroków” jest stanąć w prawdzie, przyjąć ją do serca i otworzyć się na zmianę. Tak, otworzyć. Nie trzeba nic wielkiego robić – trzeba pozwolić Jemu działać.  Czasem zmiana przychodzi poprzez bliskość relacji z ludźmi spotkanymi na „12 Krokach”, czasem przez niespodziewany dotyk Jego Słowa, czasem przez zrozumienie kolejnego zranienia, czasem przez modlitwę wstawienniczą czy wydarzenia, które rozumiemy tylko my sami. Ale przychodzi zawsze. Przychodzi ze swą Mądrością i uczy jak współpracować z Bożą Łaską. Wtedy pojawiła się NADZIEJA.

 

Ukochana, tak po prostu

Kamieniem węgielnym „12 Kroków” jest przyjęcie Miłości Bożej oraz odnalezienie w niej mocy rozumienia siebie i innych, przepraszania za swoje błędy i wyzwalającego wybaczania. To Ta Miłość nadaje późniejszy rytm i sens temu, by nieustannie powstawać. Ona jest kwintesencją Boga. Bóg jest tą Miłością. Odkryłam Boga w każdym z uczestników programu, a także w sobie. Bóg objawiał się w rozbrajających żartach, w metodycznym podejściu, w iskrach złości, we wrażliwości, w nieporadności, w upadaniu i podnoszeniu się, w żalu i łzach, w ciągłym zaprzeczaniu złu i dążeniu do prawdy, w uśmiechu, w cierpliwości i wreszcie w zaufaniu. Poddałam się temu. Wtedy otuliła mnie Jego najtkliwsza MIŁOŚĆ.

 

 

Ofiara Krzyża

Wszystkiego dopełniła śmierć mojej mamy, a właściwie czas jej agonii w Hospicjum św. Łazarza. Trudny, a zarazem błogosławiony czas oczekiwania na spotkanie z Bogiem po tamtej stronie. Mama umarła przez uduszenie – nowotwór zjadał jej płuca od lat. To trudna i powolna śmierć. Po raz pierwszy zobaczyłam w jej cierpieniu samego Chrystusa.

Potem zobaczyłam jak przy jej łóżku klęczy znienawidzony przeze mnie ojciec, który się nawrócił i ją przeprasza. Zobaczyłam jak po kolei każde z rodzeństwa staje w prawdzie i otwiera się na miłość, topniejąc w obliczu tajemnicy umierania. Sama poczułam wreszcie, jak bardzo kocham moją mamę. Doceniłam starania męża i odnalazłam w sobie cierpliwość dla objawów choroby córki. Odpuściłam perfekcjonizm w pracy. Odzyskałam wolność, uwierzyłam w Anioły i zaczęłam wreszcie żyć.

Wtedy też zrozumiałam, że Bóg Ojciec wysłał Jezusa, by Ten przeraźliwie cierpiąc, odkupił nasze winy przez Krzyż i że daje nam Siebie wciąż i wciąż na nowo z nieogarnionej Miłości, byśmy zmieniając nasze myślenie – dążyli do spotkania z Nim po śmierci.

„Program 12 kroków” to jest proces i trwa dłużej niż same spotkania, ale zdecydowanie otwiera na Boże Cuda.  Ja prosiłam by dał mi moc – a On obdarzył mnie nowym ciepłym sercem, a przez Ofiarę Krzyża dał mi Samego Siebie, bym mogła żyć na wieki.

 

——————————————————————————————————————————————————————

Program Warsztatu „Wreszcie żyć – 12 kroków ku pełni życia” bazuje na chrześcijańskiej wizji człowieka i świata. Jest to program terapeutyczno-rozwojowy prowadzący do uporządkowania wewnętrznego, przeznaczony dla osób przeżywających różnego rodzaju kryzysy, trudności emocjonalne, a także dla osób pragnących zadbać o rozwój osobisty i szukających pogłębienia swojej relacji z Bogiem. To program rozwoju duchowego z elementami psychoedukacji inspirowanego w znacznym stopniu tekstami biblijnymi.

Cel warsztatów:

  • Kto jest świadom swoich problemów, temu ten program pomoże na nowo uporządkować, zrównoważyć i zrozumieć swe uczucia i doświadczenia.
  • Osoby z różnorodnymi, ukrytymi dla nich samych problemami przez pracę osobistą i w grupie uwrażliwią samych siebie i nauczą się radzić sobie w życiu.
  • Osoby pragnące lepiej poznać i rozwinąć własną osobowość mogą potraktować biblijne wskazania jako punkt wyjścia do osobistej refleksji i dostrzec rezonans, jaki wywołuje w nich Boże wezwanie

Praca z programem obejmuje osobiste rozważanie 12 etapów za pomocą materiałów formacyjnych a także rozmowy w grupie na temat efektów tych rozważań i wszystkich wyłaniających się problemach i pytaniach. Spotkania odbywają się co tydzień i trwają do 2 godzin.