Opisać nieopisane

Był ślicznym maleństwem. Jego mama przekroczyła samą siebie, aby mógł być i żyć. Oddała swe pragnienie bycia kim naprawdę była  – by mógł zaistnieć. Był wytęsknionym dzieckiem. Ukochanym. Ukołysanym. Aniołem.

Czar prysł, gdy najpiękniejsza, bo bezwarunkowa miłość macierzyńska, niespodzianie została pogrzebana w ciemnej komnacie grobowca rodzinnego. Ojciec nie pomagał. Pił, bił i awanturami kąsał poranione jestestwo smutnego dziecka. Zmarł niedługo później – pozostawiając kolejną głęboką ranę w sercu sieroty. Od tego czasu całe jego życie zyskało gorzki, śmiercionośny posmak.

Na pierwszy rzut oka, wszystko wydaje się krzyczeć, że nie tak miało być. Nie to miało się wydarzyć. Nie w takiej kolejności. Nie tak szybko i nie z takim impetem. Kto go pytał czy jest gotowy na śmierć mamy i taty w tak młodym wieku? Czemu nikt nie pomógł z rodziny, gdy było mu najsmutniej na świecie? Dlaczego taka mała i krucha istotka dostała tak dużo na raz do uniesienia?

Upadł i niemal nie oddychał. Nie miał śmiałości nawet podnieść otępiałej głowy pełnej złych myśli. Nie jadł, nie spał, nie był w stanie ogarnąć rzeczywstości ze swym brutalnym swądem gnijących resztek. Miotany falami przypływów i odpływów sił, zdawał się być zawieszony pomiędzy tym, a tamtym światem.

Ukojenie przynosił tylko smak modlitwy. Na początku mocno szamotającej się w popłochu dnia i łkającej nocami, potem coraz bardziej oczyszczającej, budującej i dodającej otuchy. Nadal trwał przy życiu. Obiecał sobie coś ważnego. Wydobył się na powierzchnię wody i oddał całego siebie. Nieoczekiwanie dostał brata w niedoli, który stał mu się jak rodzina. Trzymali się za ręce gdy świat im ślepym losem rzucał belki pod nogi.

Odnalazł najwieksze piękno oddając siebie bez reszty opuszczonym, otępiałym i odchodzącym – za ciepłe słowo, za dobry gest, za przelotny uśmiech, za nic. Zbierał garściami nieszczęścia innych, które były jak opadłe liście z jesiennych drzew. Zabierał, zagarniał i pozwalał im gnić w sobie lub taranować swymi kasztanowatymi kolcami jego niepojęte piękno. Cierpiał za innych. Dla innych. Dużo i często.

….

Pokłócił się z bratem i drżąc cały ze strachu przed kolejną stratą kogoś mu bliskiego, pod pręgieżem niesprawiedliwych osądów, wymierzał sobie kolejne ciosy, które odgradzały go od poczucia bólu i rozczarowania. Czemu serce tak bardzo poranione, wciąż pragnie i pragnie i lgnie nawet do tych małych okruchów miłości, które znajduje na zimnym chodniku codzienności?

….

Lekka bryza poderwanych płatków śniegu musnęła jego policzek. Zakotłowało mu w głowie i świat zawirował. Co się ze mną dzieje? Nieuporządkowany natłok myśli chciał upleść coś, co możnaby potraktować jak linę ratunkową rozsądku, ale było już za późno. Wirował wrzeszcząc z radości i przejęcia, jak małe dziecko na karuzeli. Mieszała się w nim radość i ta nieopisana wolność bycia sobą.

Usta dotknęły ust – najpierw dziwne uczucie drętwoty ogarnęło całe jego ciało, aż dotarło do głębi i wulkan wszechogarniającego ciepła, którego nie czuł od lat zawładnął nim i trzymał długo w nocy.

….

Podnosi się do dziś każdego ranka – na nowo próbując uwierzyć w to co się wydarzyło – tłumacząc sobie bez końca:

Miłość potężna jest jak śmierć – potężniejsza.

(!)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *