Syndrom nieznajomego z pociagu….

— Daleko Pani jedzie?

– A sama jeszcze nie wiem… Długo się zbierałam w tę podróż….Wie Pan – tyle stacji, tyle kierunków, tyle możliwości…. Cieszę się, że jadę w końcu…. Zawsze to lepiej, niż tkwić tak stale w zamieszaniu z rozkładem odjazdów w ręce nie wiedząc, gdzie się skierować….

– A no pewnie…. – skinął ze zrozumieniem głową, jakby znał moje myśli i pragnienia.

Był mężczyzną dojrzałym, ze spokojnymi, wpatrzonymi we mnie błękitnymi oczami. Zarost na jego twarzy lekko dodawał mu lat, ale jednocześnie i uroku, a także jakieś takiej, niemal niedostrzegalnej powagi. Miał takie coś w sobie, co powodowało, że czułam się jak przy dawno zapomnianym ojcu…. Lekki, wypłowiały plecak sugerował, że nie boi się zmian i dużo jeździ.

Usiadłam obok niego przypadkiem.
Był piękny wiosenny ranek.
Pociąg swoim stukotem nadawał rytm przelatującym za szybą coraz to nowym obrazom. Motywem przewodnim była jasna, optymistyczna zieleń wiosny…..
Czemu ona do mnie nie docierała jeszcze swoją radością?

Oparłam się wygodnie, przymknęłam oczy i poddałam się temu chybotliwemu, acz rytmicznemu podążaniu w nieznane…
Co będzie, to będzie!

– Dzisiaj piękny dzień, nieprawdaż? – zagadnął znowu.

– A, tak… piękny…. ? szepnęłam, nie wierząć, że to moje wargi te słowa cedzą.

– A Pani jakaś taka smutna….

–  Wie Pan – życie tak się czasem układa na opak. Dziś na przykład jest pechowy 13-sty dzień kwietnia, a my z mężem celebrujemy 7-mą rocznicę ślubu…. ;o) Czyż to nie jest zabawne? Takie małe zbiegi okoliczności….

– A to szczere gratulacje! Powinna się Pani zatem cieszyć!

Uśmiech na jego twarzy był tak rozbrajający, że poczułam jakbyśmy byli tylko my w tym pędzącym pociągu….. Zapatrzyłam się w jego dłonie…..
I nagle, od wielu, wielu, wielu dni – POCZUŁAM SIĘ BEZPIECZNIE…. Poczułam się jak mała, dziewczynka, która teraz nie musi się martwić – weźmie go za rękę i wszystko będzie dobrze….

– Dziękuję! Też sie cieszę….. Tyle lat – to mało i dużo zarazem. Wiele przeżyliśmy i wiele nas już łączy…. Nie zdziwi Pana pewnie fakt, że świętujemy ten dzień ze spokojem i wdzięcznością….. Tak blisko było zeszłego lata nam do rozstania, że teraz cenimy i pielęgnujemy ten nasz mały układ…. Chcemy w nim być, pomimo jego niedoskonałości. Czyż wszystko nie ma drugiego, niedoskonałego oblicza?

– No pewnie, święta racja! Perfekcjonizmem żaden człowiek nie grzeszy, choć tak wielu do niego dąży…. A niepotrzebnie! Marnują życie i zdrowie w pogoni za idealnym partnerem, idealną pracą, idealnym porządkiem życia…. I nawet czasem osiągają na chwilę stan uniesienia, gdy wydaje im się, że dotarli do celu…. Na chwilę…. Nic bardziej mylnego! Nie o to chodzi, by życie programować i udoskonalać… Ono jest, jakie jest i daje nam wszystko czego pragniemy, jedyny problem w tym, że my nie zawsze umiemy z tego całego bogactwa korzystać…

– Tak…. – szepnęłam, nie wierząc że to wszystko ma miejsce….. Przecież on czyta w moich myślach! Jak to możliwe?

– …I najważniejsze jest, żeby się nie bać… To znaczy – poprawił się na fotelu i zaczął mówić z większym zapałem – to jest także nieodłącznym elementem tej całej magicznej spójności życia, więc bać się należy. Nie powinno się obaw i lęków wystawiać za obręb siebie, bo to jak nieproszony gość – wyrzucisz drzwiami, wróci oknem…. Trzeba zaprosić ten nastrój do swego serca, pozwolić mu zrobić tam porządek, mimo, że to nie jest łatwe ani przyjemne – często boli i wymaga czasu, aby zrozumieć zmiany i się z nimi oswoić… A powracając, do naszego wcześniejszego wniosku – należy pozwolić sobie wtedy na bycie niedoskonałym…. Na płacz, na rozpacz, na nastroje i humory….

– Ale…. ale…. – bąknęłam nieśmiało – to powoduje, że tracę kontrolę i że wszystko mi się z rąk wymyka i nie ma sensu….. i boję się tak poddać… dużo ludzi mówi, że to moja porażka…. robię wtedy dziwne i głupie rzeczy… poddaję się emocjom, a to nieprofesjonalne w pracy i niepoważne w życiu codziennym… Czyż nie?

– W zasadzie jest w tym trochę racji, ale tylko trochę….  to o czym Pani mówi, to zewnętrzne oznaki BUDZĄCEGO się do życia świata… Niech Pani spojrzy za okno…. Ta wiosna jest także taka…. W wielu miejscach niekontrolowalna, a jednak jaka piękna! Czy nie martwi Panią kolejna powódź, jaka jest jej sprawstwem? Czy nie zastanawia się Pani ile stworzeń zginie, aby inne mogły się narodzić właśnie w tę wiosnę?
Nie ma nic bardziej głupiego niż powstrzymywanie fali powodziowej w swoim sercu…. Ona niszczy, ale także oczyszcza, przynosi nowy porządek.
Tak samo się dzieje w naszych sercach – boimy się zmian, bardzo tęsknimy za ładem i minimalizmem, a tak naprawdę to one właśnie nas dręczą na co dzień i nie pozwalają reagować naturalnie….

– Tak, boję się wielu rzeczy…. Ostatnio naprawdę boję się i źle mi w pracy… czuję, że wypaliłam się na tym polu, a jednak nie jestem zbytnio przekonana do zmiany…. To takie stresujące! I poza tym staramy się z mężem o drugie dziecko, więc zmiana pracy na dzień dzisiejszy oznaczałaby odroczenie tych planów, czego nie chcę…. Czuję się jak w potrzasku! I tak źle i tak niedobrze….

– Proszę się zastanowić, co jest dla Pani ważniejsze…. Podjąć decyzję i zaakceptować plusy i minusy idące z tego faktu. Żeby wszystko było jasne: nie ma prostych rozwiązań, a raczej wszystkie są bardzo proste, tylko my, ludzie je często komplikujemy….
Pani chce bardzo tego drugiego maluszka – widziałem błysk w Pani oczach, jak wsiadła tamta matka z dzieckiem na poprzedniej stacji i do tej pory zerka Pani co raz w tamtą stronę….

Uśmiechnęłam się do niego – rozbroił mnie. No po prostu bezceremonialnie rozłożył mnie a łopatki… i rozpracował na czynniki pierwsze….

– Niech się Pani już nie boi…. Ból i lęk bierze się z niespełnionych, za bardzo wygórowanych oczekiwań…. Z tego właśnie narzuconego nam dążenia do perfekcjonizmu i unifikowania, upraszczania życia…. Zubażaniu go! Narzucamy sobie schematy i scenariusze, bo jakoś nam tak łatwiej w takich ramach się poruszać – to jak ustawianie barierek w lesie – chodzimy tą samą ścieżką, znaną i jasno wytyczoną, przez nas lub innych (modę, rodzinę, znajomych)…. ale przez te barierki nie możemy dostrzec bogactwa poza nią…. albo gorzej – widzimy je, ale nie pozwalamy sobie z niego korzystać ani go doświadczyć…. Gwałcimy siebie, że tak trzeba… że taki jest standard i tak jest właśnie dobrze, ale nie słuchamy siebie w tym wszystkim…. Dlatego mimo prostej ściezki, tak często trudno nam nią podążać….

Wtedy się po prostu rozpłakałam.
Nie mogłam opanować potoku żalu, jaki we mnie wezbrał….
Płakałam aż do następnej stacji, nie dbając o to „co pomyślą inni”.
On czekał….
Przesiadł się koło mnie i objął mnie swoim ramieniem….
Był ciepły, bardzo ciepły….
Usnęłam.

Jak się obudziłam juz go nie bylo.

Zostawił po sobie plecak z dedykacją :
” Już się nie bój – wiesz co robić. Ty sama najlepiej wiesz. Nie wolno ci w to wątpić.
Idź do przodu. Ja jestem”.